poniedziałek, 28 lipca 2014

Rozdział 38


27 Grudnia Czwartek 8:39

 

Siedzę od dwóch godzin przykryta po sam czubek nosa kołdrą,żeby nie obudzić Fizzy i bliźniaczek.I robię to samo co od 5 dni.Wczoraj w ogóle nie byłam na dole,nie zeszłam nawet na dół na wspólną kolację.Na początku ciągle ktoś po mnie przychodził,ale w końcu zrozumieli że to i tak nic nie da.Leże i po prostu patrze w sufit,zastanawiając się czy moje dalsze życie w ogóle ma sens.Na szczęście dziś wracamy już do Londynu.
-Lila nie śpisz?-Usłyszałam szept brunetki obok.
-Nie.-Odwróciłam się w jej stronę.
-Idę tam do ciebie.-Uśmiechnęła się i wygramoliła z pościeli.Ja przesunęłam się trochę i odkryłam kołdrę,żeby mogła wejść.
-Fizz proszę tylko mnie nie pocieszaj-Uprzedziłam ją bo już chciała coś powiedzieć.
-Nawet nie miałam takiego zamiaru.Wiem że ci ciężko i nie będę cię namawiać do czegoś czego nie chcesz.Rozumiem to.-Uśmiechnęła się do mnie.
-Dziekuje Fizzi.-Mocno ją przytuliłam.
-Nie ma za co.-Zaśmiała się.-Wiesz chciałam się tylko spytać kto to jest ten cały Nathan.-Zapiszczała.Ucieszyłam się,że mogę z nią porozmawiać o czymś innym niż te nieszczęsne święta i że chociaż przez chwilę zapomnę o tym.Zaczęłam jej opowiadać jak się poznaliśmy i o tym jak często ze sobą rozmawiamy i co czuję gdy z nim gadam.
-Wiesz,na prawdę nie wiem co się ze mną dzieję.Wole gada z ledwo poznanym chłopakiem niż z przyjacielem którego znam od urodzenia,.
-A ja wiem.Zakochałaś się.-Powiedziała śpiewająco.
-Naprawde,mówisz tak samo jak Waliyha.
-No skoro taka prawda.-Wzruszyła ramionami.Leżałyśmy gadając jeszcze trochę gdy do pokoju wkroczył Louis.
-Lila wstaw..-Gdy nas zobaczył przerwał i uśmiechnął się.
-I czego się gapisz?-Udawała groźną.
-Bo słodko wyglądacie.-Zaśmiał się btunet i wyciągnął telefon,za nim zdąrzyłyśmy się wygramolić z pod kołdry to on pstryknął nam fotkę.
14:05
-Louis długo jeszcze?-Marudziłam i kręciłam się co chwilę,na przednim siedzeniu.
-Lila daj już spokój.-Spojrzał na mnie przelotnie.Jechaliśmy już od dobrych dwóch godzin i już miałam pomału dosyć.Pożegnanie było bardzo długie,cioci nie mogła się odkleić od swojego syna.Widziałam,że to było dla niej bardzo trudne dlatego nie poganiałam kuzyna,chociaż szczerze mówiąc to chciałam jak najszybciej pojechać do Londynu.Od razu gdy weszliśmy do samochodu czułam coś w rodzaju ulgi.Święta się skończyły i teraz mogło być tylko lepiej.Mój humor po woli też się zmieniał.
-Lou..-Nie dane było mi dokończyć.
-Jeszcze trochę.-Powiedział wkurzony.
-Spokojnie nie o to chciałam zapytać.-Obroniłam się.
-Aaaa...dobra to słucham.-Chyba było mu trochę głupio.
-Jak to się stało,że jesteś z El?-Sama nie wiem czemu o to zapytałam,ale byłam ciekawa jak to było z ich historią.Ten spojrzał na mnie z dziwna miną,ale w końcu zaczął mówić.
-Byłem z Harrym na imprezie i to on mnie z nią poznał.Już od początku ją polubiłem.Potem długo o niej myślałem,ale nie miałem odwagi się do niej odezwać.-Nie mogłam uwierzyć,nasz Louis się wstydził,zaczęłam się śmiać a ten razem ze mną.
-Serio bałeś się jej?-Zachichotałam.
-No tak jakby,na szczęście Harry chyba domyślał się co mnie gryzie i po paru dniach gdy rozmawiał z nią przez Skypa zawołał mnie i przez chwilę gadałem z nimi,ale potem ten sobie gdzieś polazł,a ja przez następne parę godzin z nią rozmawiałem.I tak to się zaczęło.-Opowiedział mi to,a ja uważnie go słuchałam.
-A wasza pierwsza randka?-Zapytałam i oparłam głowę o szybę?
-Zabrałem El do kina i nawet pozwoliłem jej wybrać film.-Zaśmiał się.
-Łoooo..co za poświęcenie.-Pokręciłam głową.
-A w ogóle to po co o to wszystko pytasz?-Zapytał z dziwnym uśmieszkiem.
-A tak sobie.-Machnęłam ręką.Poczułam wibracje w kieszeni i usłyszałam dźwięk sms-a.Szybko wyjęłam urządzenie z kieszeni a na wyświetlaczu pojawiło się imię Harry'ego. "Lila kocham cie!Jesteś jak kwiat na łące,jak gwiazdy na niebie jak słońce w pochmurne dni.I proszę chociaż ty mi odpisz.A temu idiocie powiedz,że telefony ode mnie się odbiera no i masz tu moją piękną tważyczke do podziwiania"Przeczytałam i zobaczyłam zdjęcie.

-Co za idiota.-Walnęłam się ręką w czoło i pokazałam fotkę Louisowi.
-Czy on dobrze się czuje-Zarechotał brunet.
-Ale posłuchaj tego.-Przeczytałam mu wiadomość,a ten zaczął rechotać.Nie zdążyłam nawet odpisać gdy dostałam nową wiadomość od niego."Jednak zmieniam zdanie,proszę się do mnie nie odzywać"-Przeczytałam na głos.
-O Boże,odpisz mu ze zadzwonię jak dojedziemy do domu-Powiedział nie dowierzając."Harry nie fochaj się.Lou zadzwoni jak dojedziemy"-Nacisnęłam wyślij i już po chwili chłopak odpisał "No,zobaczymy...zobaczymy"Postanowiła,że już nie będę mu odpisywać,nie miałam zamiaru tracić na niego pieniędzy.
30 minut później
-Lou duszno mi i siku muszę.-Mruknęłam ściągając kurtkę.Już od jakiegoś czasie było mi gorąco,ale myślałam że zaraz mi przejdzie,jednak tak się nie stało.Chłopak tylko dziwnie na mnie spojrzał i otworzył jedną szybę.Od razu zrobiło mi się lepiej,chociaż pod jednym względem.
-Za chwilę dojedziemy do Londynu.-Powiedział niezadowolony.
-Ale ja zaraz nie wyrobię.-Kręciłam się na siedzeniu.Przez następne 5 minut jęczałam mu nad uchem więc się w końcu nade mną zlitował i zatrzymał się na stacji.Szybko wyskoczyłam z samochodu co jednak nie wyszło mi na dobre,bo tak zakręciło mi się w głowie,że prawie się wywaliłam.Po woli weszliśmy do budynku,Lou poszedł chyba coś kupić a ja skierowałam się w stronę łazienki.Załatwiłam swoje potrzeby i już chciałam wrócić do Louisa gdy nogi się pode mną ugięły,przez poje ciało przeszła fala gorąca a zaraz potem zimna i straciłam panowanie nad ciałem i po prostu upadłam na ziemię.Ostatnie co pamiętam to,że przy spadaniu uderzyłam się w głowę o półkę z jedzeniem przy której stałam.

<Oczyma Louisa>


Płaciłem właśnie za cukierki  i już odchodziłem od kasy gdy zobaczyłem dziewczynę leżącą na ziemi.Szybko tam podbiegłem,z głowy lała się krew i była nieprzytomna.Nie miałem pojęcia co się stało.Podejrzewałem tylko,że pewnie znowu zemdlała i przy okazji o coś się uderzyła,ale to były tylko miej domysły.Od razu krzyknąłem do kasjerki,żeby zadzwoniła po karetkę,a kobieta od razu to uczyniła.
-Lilka proszę cię obudź się.-Trzymałem ją na swoich kolanach i patrzyłem na jej bladą twarz modląc się,żeby nic jej się nie stało.Przy linii włosów na czole miała wielką szramę z której wypływała krew.Nie mogłem patrzeć jak ważna dla mnie osoba jest w takim stanie.Minuty do przyjazdu karetki wydawały się być dla mnie godzinami.Zebrało się przy nas więcej osób,ale nikt nie wiedział jak może jej pomóc.Najważniejsze było to,że miała puls.W końcu pogotowie przyjechało i od razu się nią zajęli.Wszystko działo się tak szybko,zabrali ja do karetki,ale mi nie pozwolili z nimi jechać dlatego szybko pobiegłem do samochodu,starając się jak najbardziej uspokoić.Pojechałem za nimi.Bałem się strasznie o moja mała kuzynkę.


---------------------------------------------------------------------------------------

 14 Komentarzy=Następny rozdział


Taki krótki,ale nie miałam chęci do pisania no i byłam u babci a tam nie mam neta niestety.Mam nadzieje,że rozumiecie.W końcu są wakacje i też chce mieć trochę odpoczynku.
Musze was poinformować,że po woli zbliżamy się do końca opowiadania :(((
Dlatego uważnie czytajcie następne rozdziały,bo już nie długo tajemnica wyjdzie na jaw.
a jak myślicie co się stało Lily i jak będzie wyglądała dalej jej historia,śmiało piszcie ;))

czwartek, 24 lipca 2014

Rozdział 37

25 Grudnia Wtorek



Pewnie zastanawiacie się jak minął mi do końca wczorajszy dzień.Rozwieję wasze wątpliwości.Wczoraj gdy skończyłam rozmowę z Nathanem rozległ się na cały dom dzwonek do drzwi a chwilę potem przyszła do mnie Fizzy i próbowała mnie wyciągnąć na dół.Stwierdziłam,że to trochę niegrzecznie nie pójść się przywitać dlatego zeszłam z nią.Poznałam dziadków Louisa,chłopaka cioci Dana i jego siostrę Sally i jeszcze paru członków rodziny.Było dość duże  zamieszanie i nikt nawet nie zauważył,że się ulotniłam.Nie miałam ochoty wysłuchiwać opowieści o dzieciństwie Louisa i innych rodzinnych historiach.Bo moje rodzinne opowieści już nigdy nie będą się rozwijać,zostały mi tylko wspomnienia z ostatnich lat życia rodziców.I więcej historii z nimi już nie będzie.Gdy schowałam się w pokoju założyłam słuchawki na uszy,żeby nie słyszeć tych śmiechów z dołu i nawet nie wiem kiedy zasnęłam.Obudziła mnie Daisy,która chciała mnie wyciągnąć na lodowisko.Nie miałam ochoty,albo chyba bardziej nie chciałam.Przez chwile dziewczynka była zdziwiona,że nie chcę iść i wytłumaczyłam jej,że nie umiem jeździć to wtedy powiedziała,że mnie nauczy.Musiałam jeszcze coś wymyślić żeby z nimi nie iść więc powiedziałam,że się boje i potem dodałam jeszcze że będę patrzeć jak jeździ przez okno i wtedy mi odpuściła i poszła się ubrać.A skoro jej obiecałam to jak już wyszli na ten dwór to patrzyłam na to oświetlona kilka lampami lodowisko i tak jakbym widziała na nim siebie

*Wspomnienie*

-Mamo,mamo patrz na mnie!-Krzyknęła mała sześcioletnia dziewczynka ubrana w różową kurtkę.Kobieta która bardzo dobrze umiała jeździć na łyżwach szybko znalazła się obok swojej córeczki.
-O ja cie.Też chcę tak umieć.-Dziewczynka była pod wrażeniem talentu swojej mamy i bardzo chciał jej dorównać,lecz na razie jeździła kurczowo trzymając się ręki ojca który pilnował aby ta nie upadła.
-Spokojnie masz jeszcze całą zimę,żeby się nauczyć.-Zaśmiał się mężczyzna.
-Spróbuj sama-Zachęcała ją kobieta o pięknych ciemnych włosach jakie odziedziczyła po niej córka.
-Nie mamusiu boje się.-Piszczała mała.
-Spokojnie kochanie,patrz czekam tu na ciebie.-Brunetka stojąca dwa metry od małej wyciągnęła do niej ręce i zachęcała swoim uśmiechem.W końcu dziewczynka przezwyciężyła strach i po woli puściła się ręki taty.Po woli i ostrożnie przesuwała się po tafli lodu.Niestety w pewnym momencie straciła równowagę i z hukiem upadła na ziemię.
-Widzisz mamo nie udaje mi się.-Powiedziała zawiedziona,ale ani jedna łza nie spłynęła po jej policzku.
-Nie martw się kochanie.Jeszcze raz.-Podeszła do niej matka i pomogła jej wstać.
i takim oto sposobem rodzina siedziała 3 godziny na lodowisku ucząc małą Lilę jeździć na łyżwach.A po sukcesie jaki nastąpił tego popołudnia rodzice kupili dziewczynce piękne różowe łyżwy.

Siedziałam na parapecie,patrzyłam jak ci tam na dole świetnie się bawią i przypominałam sobie jak najwięcej szczegółów z tamtego dnia.Nawet nie zauważyłam kiedy moje policzki były całe mokre.Do końca dnia siedziałam w pokoju użalając się nad sobą.
A dzisiaj cóż,godzina 12 a ja nadal nie wstałam z łóżka.Nie miałam ochoty w ogóle tego robić.Było mi mi zimno i kręciło mi się w głowie.Słyszałam z dołu tylko głosy każdego członka rodziny.Leżałam i tępo wpatrywałam się w sufit jakbym tam chciała odnaleźć jakieś pocieszenie.Po dłuższej chwili w bezruchu przykryłam się pod sam nos kołdrą i zamknęłam oczy z nadzieją że prześpię całe popołudnie.
-Lila ty jeszcze w łóżku?-Obudził mnie głos Louisa.Mruknęłam tylko niezadowolona i przewróciłam na drugi bok.Ten westchnął i poczułam tylko jak siada obok mnie na łóżku.
-Lilka od kąt tu jesteśmy nie rozmawiałaś ze mną ani razu.
-No i niech tak zostanie.-Mruknęłam w poduszkę.
-Lila.-Oburzył się.
-Louis proszę daj mi spokój.-Gwałtownie się podniosłam i spojrzałam na niego moimi podpuchniętymi oczami.
-Wiem,że ten okres nie jest dla ciebie za wesoły,ale proszę cię zejdź chociaż na obiad świąteczny,a potem możesz wrócić do tych czterech ścian w których przesiadujesz od trzech dni.-Spojrzał na mnie pytająco.
-No dobra,zejdę.-Nie chciałam zepsuć wszystkim świąt dlatego postanowiłam iść tam do nich.Udawać,że wszystko jest w porządku i wrócić tutaj,żeby sobie trochę popłakać.Gdy to robię czuje,że moja dusza się oczyszcza i płacz w pewnym stopniu przynosi mi ukojenie.A ostatnio robię to całymi godzinami.
-Pora najwyższa wstawać jest już 15 leniuchu.-Siłą zdarł ze mnie kołdrę i poczułam lodowate powietrze na skórze przez co dostałam gęsiej skórki.Nie pozostało mi nic innego jak wstawać.
-Za pół godziny widzę cie na dole.-Powiedział w drzwiach i wyszedł.Wstałam gwałtownie przez co zakręciło mi się w głowie i musiałam się chwycić komody,żeby nie upaść.Gdy już zrobiło mi się lepiej zaczęłam wyciągać z torby wszystko co w nie było,żeby znaleźć coś do ubrania.W końcu po dłuższej chwili wybrałam zestaw,chwyciłam go w rękę i poszłam do łazienki.W lustrze miałam taki sam widok od kilku dni,nic ciekawego sam wrak człowieka. Wlazłam po woli pod prysznic i mogła bym tam zostać całe wieki gdyby ktoś nie zaczął dobijać się do drzwi.Szybko owinęłam się recznkiem.
-Lila pośpiesz się Dan już przyjechał.-Usłyszałam głos Louisa.
-Dobra,chwila.-Odkrzyknęłam.Ubrałam się,rozczesałam włosy i zostawiłam rozpuszczone.Po parunastu minutach wyszłam z łazienki i wtedy rozległ się dzwonek do drzwi.Zeszłam po woli po schodach a na dole na korytarzu stali dziadkowie dziewczyn i Louisa.Przeszłam dyskretnie obok nich tak,że nikt mnie nawet nie zauważył i poszłam do kuchni gdzie krzątała się ciocia.
-Pomóc ci w czymś.-Nie chciałam żeby wyszło na to,że siedzę u nich w domu i w ogóle nikomu nie pomagam.
-Weź tą miskę kochanie postaw na stół.-Wskazała na naczynie z jakąś sałatką.Zrobiłam tak i wtedy w kuchni pojawiła się cała rodzina.
-No kochani siadać do stołu.-Ciocia zagoniła nas wszystkich do jadalni.
Świąteczny obiad zawsze kojarzył mi się z ciszą,spokojną rozmową.Przy stole zawsze siedzieliśmy we trujkę delektując się pieczonym indykiem,a teraz przy stole siedzi 11 osób jest gwar i hałas tak,żę nawet nie słyszałam własnych myśli.Wszyscy ze sobą rozmawiali opowiadali sobie historie rodzinne z poprzednich świąt,tylko ja byłam w swoim świecie i przez cały obiad nie odezwałam się ani słowem.Nie chciałam rozklejać przy wszystkich,ale nie mogłam już dłużej trzymać tych wszystkich emocji w sobie dlatego gdy wszyscy już skończyli jeść szybko wybiegłam z jadalni do łazienki.Z moich oczu od razu pociekły łzy.Oparłam się o ścianę i zjechałam po niej na podłogę.Skulona płakałam zastanawiając się co by było gdybym nie uprawiała tej pieprzonej gimnastyki i nie brała udziału w tych zawodach.Wtedy na pewni wiodła bym dalej spokojne życie w starym domu z rodzicami i Mattem u boku.W pewniej chwili usłyszałam skrzypnięcie drzwi a w pomieszczeniu pojawiła się El.Bez słowa usiadła obok mnie na podłodze.
-El przepraszam,że zwaliłam się wam tak znienacka na głowę.Jesteście młodzi i moglibyście szaleć do wali,ale macie mnie.Przepraszam.-Załkałam i jeszcze bardziej schowałam głowę w kolana.
-Co ty mówisz.-Oburzyła się.-to prawda jesteśmy młodzi,ale to nie znaczy,że ciągle byśmy się tylko bawili.Dlatego ty nam nie przeszkadzasz.-Obiegła mnie i położyła głowę na moim ramieniu.
-Dobra,ja i tak wiem swoje.-Szepnęłam,a dziewczyna chyba tego nawet nie usłyszała.Siedziałyśmy chwilę w ciszy.
-I wiesz co jest najgorsze?-Spojrzałam zaszklonymi oczami na dziewczynę.
-Co?
-To wszystko stało się przeze mnie.Gdybym nie kazała im przyjeżdżać na te głupie zawody to oni nadal by żyli.
-Ej nikt nie mógł przewidzieć,że coś takiego się stanie.A ty to już w ogóle.-Znów mnie przytuliła.
-Czasami myślę,że lepiej by było gdybym jechała wtedy z nimi.
-Nawet tak nie mów.Głupie myśli przychodzą ci go głowy.Lepiej się ogarnij i chodź otwierać prezenty.-Pomogła mi wstać.
-Dobra,chodź.-Powiedziałam gdy otarłam łzy i przemyłam twarz wodą.Poszłyśmy we dwie do salonu.Gdzie latały jak szalone bliźniaczki i rozdawały pakunki z pod choinki.Wszyscy siedzieli w każdym możliwym miejscu i czekali aż Daisy albo Phoebe przyniosą im ich prezenty,było przy tym tak głośno,że słyszeli nas chyba po drugiej stronie ulicy.Usadowiłam się na oparciu fotela na którym siedziała Lottie i uważnie przyglądałam się każdej osobie w pomieszczeniu.Dziadkowie rozmawiali ze swoją córką,Dan śmiał się z Louisem i El a dziewczyny zajęte były najbardziej odpakowywaniem prezentów.Ja też dostałam paczki,których nawet nie otworzyłam.Nie miałam ochoty.My zawsze swoje upominki otwieraliśmy wieczorem gdy siedzieliśmy przy zapalonej choince a w tle leciały kolędy i świąteczne piosenki.Dość maiłam siedzenia w tej przesłodzonej atmosferze więc szybko wstałam,niestety znowu zakręciło mi się w głowie,ale jakoś dałam rade iść.Na korytarzu poczułam tylko jeszcze silniejsze zawroty głowy zrobiło mi się duszno,nie mogłam oddychać i czułam tylko jak oczy mi się zamykają a ja lecę na ziemię.

<Oczyma Louisa>

-Jak tam sobie radzisz z tą małą?-Spytała mi się babcia gdy dziewczyny wygłupiały się przy choince a mama na nie krzyczała,że mają od niej odejść,bo wyląduje na ziemi.
-Wiesz babciu czasami nie jest łatwo,ale jakoś daje sobie radę.-Uśmiechnąłem się do starszej kobiety.
-A znalazła sobie już jakiegoś kawalera?-Zachichotała jak to ona ma w zwyczaju.Ona zawsze chce wiedzieć wszystko o chłopakach moich sióstr a teraz do tego doszła jeszcze Lila.
-Mam nadzieję,że nie.Nie wiem co zrobię jak znajdzie sobie chłopaka.Wole o tym nie myśleć.-Pokręciłem głową.Nie chciałem myśleć o czymś czego już nie doczekam.
-Louis.-Usłyszeliśmy krzyk Lottie z korytarza i od razu tam pobiegłem.Na ziemi zobaczyłem bladą jak ściana Lilę.Przeraziłem się od razu do niej podbiegliśmy.
-Lott co się  stało?-Spojrzałem przerażony na siostrę.
-Nie wiem wyszłam z pokoju a on tu już leżała.-Była tak samo przejęta jak ja.W głowie miałem już najczarniejsze scenariusze.
-Lilka słyszysz mnie.-Chwyciłem jej lodowatą rękę a ta zaczęła się po woli budzić.Wtedy na korytarzu zjawiła się mama.
-Louis zanieś ją do pokoju.-Powiedziała przestraszona blondynka.Na szczęście bliźniaczki były tak zafascynowane prezentami,że nie widziały tej całej sytuacji.Wziąłem szybko dziewczynę na ręce i w czwórkę poszliśmy do góry.Brunetka otwierała powoli oczy a mi kamień spadł z serca.

<Oczyma Lily>

Po woli odzyskiwałam świadomość i otwierałam oczy.Byłam na rekach u Louisa i właśnie wchodziliśmy do pokoju Fizzy.Chłopak położył mnie na łóżku i stanął na przeciwko a obok niego Lottie i ciocia.
-Jak się czujesz?-Kobieta chwyciła mnie za rękę.
-Zimno mi.-Wymamrotałam zachrypnięta i wczołgałam się pod kołdrę.
-Lila pamiętaj jak pójdziemy na ściągnięcie szyny z paluch to przejdziesz wszystkie możliwe badania.Takie mdlenie nie jest normalne.-Spojrzał na mnie surowo kuzyn.
-Dobra,dobra.-Nie miałam ochoty wysłuchiwać jego pouczeń na temat mojego zdrowia.
-Co się tam w ogóle stało.-Ciocia spojrzała na mnie pytająco.
-Nie wiem,wyszłam z pokoju i po prostu zemdlałam.-Sama nie wiedziałam dlaczego tak się stało.
-Musisz tera trochę poleżeć.-Uśmiechnęła się do mnie.
-Jestem zmęczona.
-Zostawimy cię samą,odpocznij sobie.-Louis skierował się w stronę wyjścia a za nim Lott i ciocia.
-Jak byś czegoś potrzebowała to wołaj.-Powiedziała kobieta i wyszli.Zostałam w pokoju sama było jakoś ok 18:00,a na dworze było już ciemno przez co musiałam mieć włączoną lampkę nocną.Półmrok panujący w pokoju sprzyjał do tego,żeby zasnąć i tak się właśnie stało.Obudziłam się po jakiejś godzinie,ale do końca dnia już nie schodziłam na dół.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------
 13 Komentarzy=Następny rozdział


Oto jest kolejny rozdział moje kochane.Mam nadzieję,że się podoba no i sorka za błędy.Jak myślicie co dalej będzie działo się w życiu naszej bohaterki??? Jestem ciekawa waszych wizji następnych rozdziałów ;))

piątek, 18 lipca 2014

Rozdział 36

 Mała dziewczynka po świecie kroczy lecz zapłakane ma swe piękne oczy

 

 

24 Grudnia Poniedziałek



-No Louis powiedz co to za niespodzianka.-Od 10 minut Lottie próbowała wyciągnąć od brata coś na temat tej wczorajszej misji Lou i bliźniaczek,ale nikt nie chciał jej nic powiedzieć.Siedzieliśmy właśnie przy stole jedząc lunch,a na dworze było jeszcze jasno.
-Lott daj spokój bratu.
-No właśnie.-Przytaknęła Daisy.
-Lila,a dlaczego ty ciągle chodzisz ubrana na czarno?-Zwróciła się do mnie druga dziewczynka.Przy stole zapadła cisza,bliźniaczki patrzyły na mnie pytająco a ciocia miała zakłopotaną.Ja na prawdę nie wiedziałam jak im to wytłumaczyć.Przecież nie powiem prosto z mostu że mam rzałobe po rodzicach i raczej szybko nie zacznę się inaczej ubierać,no bo ośmiolatki raczej jeszcze tego nie zrozumieją.
-Dziewczynki dajcie jej spokój.Przecież tłumaczyłam wam że gdy jakaś bliska nam osoba umrze i pójdzie do nieba to my ubierając się na czarno pokazujemy jej że o niej pamiętamy.-Ciocia zgrabnie ujęła to tak jak ja bym w życiu nie powiedziała.Byłam jej wdzięczna,że mnie wyręczyła,bo jakoś nie miałam ochoty o tym rozmawiać.
-Rozumiecie?-Zwróciłam się do nich a te pokiwały głowami.A w pomieszczeniu zapanowała niezręczna cisza.Czułam na sobie wzrok każdego po kolei.Na szczęście rozległ się w domu dzwonek do drzwi.
-O to chyba nasza niespodzianka.-Louis zerwał się z krzesła i poleciał otworzyć,a raczej wyszedł z domu.Po chwili pojawił się z jakimiś mężczyznami na podwórku a my wszyscy podeszliśmy do drzwi prowadzących na taras.Chłopak pokazywał coś tym facetom,a ono zaczęli rozkładać jakiś sprzęt.
-Dziewczynki możecie powiedzieć mi o co chodzi.-Ciocia spojrzała surowo  na bliźniaczki uśmiechnięte od ucha do ucha.
-Będziemy mieć na dworze lodowisko.-Krzyknęła radośnie Daisy.
-I sztuczny śnieg.-Dodała Phoebe i razem zaczęły odstawiać taniec szczęścia.
-Ale super.-Lottie z El i Fizzy też były bardzo podekscytowane.Wszystkie siedziały przy oknie jak zahipnotyzowane i patrzyły jak woda rozlewa się na trawie a śnieg pokrywa drzewa i wszystko dookoła.Ciocia patrzyła na nie z uśmiechem i czułością.Tylko mi nie było do śmiechu.Przypomniały mi się te wszystkie wypady z rodzicami na lodowisko i moja nauka jazdy.Gdy ciągle upadałam,ale ani razu nie płakałam,mama mnie wtedy pochwaliła i w nagrodę poszliśmy na gorącą czekoladę a i tak tamtej zimy i nie nauczyłam się jeździć.Miałam wtedy może z 5 lat,ale dokładnie pamiętam tamto popołudnie.Przez te myśli nawet nie zauważyłam kiedy jedna wielka łza spłynęła po moim policzku.Szybko ją otarłam z nadzieją,że nikt tego nie widział wymsknęłam się z jadalni.Nie było to trudne,bo wszyscy byli tak zapatrzeni za okno,że mnie nie dostrzegli.Wbiegłam na górę i od razu rzuciłam się na łóżko.Twarz schowałam w poduszce i głośno szlochałam.Dlaczego to właśnie mnie spotkało,dlaczego to ja zostałam sierotą a nie jakieś inne dziecko.Jest tyle ludzi na ziemi a to właśnie stało się mojej rodzinie.Trudno jest zapomnieć o osobie,która dała tak wiele do zapamiętania. Wszyscy wiemy,że śmierć to jedyna pewna rzecz,która nas w życiu spotka.Przychodzi nagle i zabiera nam osoby które były dla nas całym światem,a śmierć bliskiej nam osoby boli najbardziej.
Podniosłam się z łóżka i chwyciłam w dłonie zdjęcie rodziców trzymających się za ręce.Fotografia była robiona przeze mnie w rocznicę ich ślubu.
-Dlaczego właśnie was potrzebują w niebie?-Przejechałam palcem po mokrym już zdjęciu od moich łez.-Tu na ziemi jesteście mi bardziej potrzebni.Nie mogliście walczyć ze śmiercią,przecież zostawiliście mnie tu samą.-Krzyczałam,chociaż dobrze wiedziałam,że oni i tak tego nie usłyszą.
-Co tu się dzieję?-Do pokoju wkroczyła przejęta ciocia,a ja szybko usiadłam na łóżku.Spojrzałam na nią oczami przepełnionymi bólem i rozpaczą.A ta od razu do mnie podleciała i mocno przytuliła.Chciałam być sama,ale nie miałam serca aby ją wygonić,dlatego siedziałam w jej objęciach i cichutko szlochałam.
-Dziecko,proszę nie płacz.Nie wiem co czujesz,ale jak widzę jak łzy lecą ci po tej słodkiej twarzyczce to aż mnie serce boli.-Głaskała mnie po włosach.
-Dobrze postaram się.-Szepnęłam.Przez następne parę minut siedziałyśmy w ciszy,którą przerwał głos Daisy z drugiego pokoju.
-Mamo gdzie są moje różowe buty?-Piszczała niezadowolona dziewczynka.Kobieta westchnęła i po woli się ode mnie odsunęła.
-Chodź do nas na dół.Nie będziesz się tu sama zadręczać.
-Ciociu chce zostać sama.-Spojrzałam na nią.
-Dobrze-Powiedziała bez przekonania.-Ale proszę nie płacz,więcej.-Dodała i po woli wyszła.
Łatwo tak mówić "nie płacz" ale tak się po prostu nie da.Siedziałam wpatrzona w drzwi gdy mój telefon zawibrował.Nie patrząc kto dzwoni odebrałam.
-Halo.-Powiedziałam ciągnąc nosem.
-Hej Lila,coś się dzieje.-Usłyszałam głos Nathana i prawie zleciałam z łóżka.Nie spodziewałam się jego telefonu.
-Nie wszystko ok.-Starałam się mówić weselej.
-Ej,nie wychodzi ci to.Słysze że coś jet nie tak.-Postanowiłam go nie okłamywać.
-Nic nie jest dobrze.Życie jest do dupy-Załamana opadłam bezsilnie na pościel.
-Domyślam się.Posłuchaj nic nie dzieję się bez przyczyny.Śmierć twoich rodziców też nie zdarzyła się bez powodu.Może takie było ich przeznaczenie,abyś ty mogła docenić to czego wcześniej nie doceniałaś.Nigdy nie tarć nadziei,Lilka nie możesz się poddać musisz żyć dalej,dla Louisa,całego one direction,dla wujostwa,dla Matta i Brook no i dla mnie.-Słuchałam uważnie tego co ma do powiedzenia,a gdy usłyszałam ostatnie słowa moja twarz przybrała kolor buraka.Od razu przypomniało mi się to wczorajsze zdjęcie i te słowa pod nim.Nie wiedziałam za bardzo co powiedzieć.
-Tak,masz racje muszę być silna.-Powiedziałam zmieszana.
-Jesteś dzielna ej a jesteś już w Doncaster?
-Tak przyjechaliśmy w sobotę.
-A kiedy wracacie?-Spytał ciekawy.
-W czwartek,ale ja bym chciała już dzisiaj.-Jęknęłam niezadowolona.
-Dlaczego?
-Ta świąteczna atmosfera mnie dobija.Wszędzie wiszą jakieś dekoracje,choinka od tych wszystkich bombek i łańcuchów za chwile runie,w telewizji puszczają same denne świąteczne filmy ze szczęśliwymi zakończeniami a w domu wszyscy chodzą jakby się nawdychali gazu rozweselającego a ludzie życzą sobie wesołych świąt.To wszystko jest tandetne.Dla mnie święta mogły by w cale nie istnieć.-Mówiąc to ledwo się nie rozpłakałam.
-Lila,wiem że dla ciebie to nie ma sensu,ale już za parę dni wszystko wróci do normy.Pomyśl sobie zniknął wszystkie choinki i ozdoby,nie będzie kolęd,a w telewizji zaczną puszczać normalne seriale.-To co powiedział na prawdę miało sens.
-Dziękuje Nath,jesteś kochany.
-Ty też jesteś kochana.-Zaśmiał się.A ja jeszcze bardziej się zaczerwieniłam.
-Jesteście już w Londynie?-Byłam ciekawa czy małą już wypuścili do domu.
-Tak przyjechaliśmy rano.Młoda bardzo się cieszy.
-Wiesz widziałam to zdjęcie na fb.Nawet całkiem ładne.-Chciałam jakoś zgrabnie zacząć ten temat.
-Ty zawsze ładnie wychodzisz na zdjęciach.-Wtedy mnie zatkało,to była na prawdę bardzo miłe.
-No dzięki,ale nie jestem pewna.-Powiedziałam zawstydzona.
-Ale ja jestem pewny.-Zaśmiał się.-Wiesz nie wiem czy to rozmowa na telefon,ale chciałem ci powiedzieć,że mimo tego że widzieliśmy się zaledwie jeden raz to bardzo cię lubię.-Moje serce zaczęło bić ze zdwojoną,a żołądek przewracał się do góry nogami.
-Tak wiesz też cię lubię.-Powiedziałam zakłopotana.
-I mam nadzieję,że jak już będziesz w Londynie to się spotkamy.
-No,ja też mam taką nadzieję.Wiesz jak z tobą rozmawiam to zawsze potem mam zawsze lepszy humor.-Palnęłam bez zastanowienia.
-Miło to słyszeć.
-Nathan chodź popatrzeć jak tańczę.-W słuchawce rozległ się śmiech Mad.
-Lila chyba muszę kończyć,bo ona mnie tu zaraz zabiję.
-Spoko idź do rodziny.-Posmutniałam bo wcale nie chciałam się rozłączać.
-Ej ślicznotko tylko mi tu teraz nie płacz.
-Nie będę płakać,idź do siostry.Papa-Ponagliłam go.
-Paaaa.-Rozłączyłam się i znów schowałam głowę w poduszce i zaczęłam szlochać.Wszyscy mają rodzinę,niektórzy są mniej szczęśliwi niektórzy bardziej,ale zawsze mogą na sobie polegać.Tylko ja już nie mam nikogo na tym świecie.

------------------------------------------------------------------------------------------------

 11 Komentarzy=Następny rozdział


Prosze bardzo kolejny rozdział.Mam nadzieję,że się podoba.Taki krótszy bo che wam teraz wynagrodzić to,że tak długo nic nie pisałam ;))

Zapraszam też na mój drugi blog na którym jutro powinien pojawić się nowy rozdział------------>  http://princess-amber-and-her-new-world.blogspot.com/

środa, 16 lipca 2014

Rozdzial 35


 Rozdział dedykowany Alex Tomlinson.Jesteś kochana <33

 

 

23 Grudnia niedziela



Usłyszałam śmiechy i rozmowy z dołu.Otworzyłam leniwie o czy,spojrzałam na zegarek była 9:15 obok na łóżku leżała tylko Fizzy.Nie chciałam wstawać w ogóle nic nie chciałam.Dzisiejszy dzień tak jak i kolejne mogły by w ogóle  nie istnieć.Nie chce udawać,że wszystko jest w porzątku,ale to jedyne wyjście by nie zepsuć świąt innym.Nie chce żeby przeze mnie ich dni wspólnie spędzone z Louisem były nieudane.Dlatego postanowiłam jak najmniej czasu spędzać na dole ze wszystkimi.Nie chce siedzieć z nimi i patrzeń na te uśmiechnięte od uch do ucha buźki.To nie na moje siły,w tym momencie chce być sama.Poszłam do łazienki na szczęście nikogo w niej nie było.Ubrałam spodnie,koszulkę na wierzch jeszcze gruby sweter a na stopy wełniane skarpety,bo było mi strasznie zimno.Nie miałam na nic ochoty i nic mi się nie chciało,mimo kilku godzinnego snu byłam zmęczona. Pod oczami miałam  wory,a cera  prawie niczym nie różniła się od mąki.Dlatego nałożyłam na twarz trochę podkładu i dokładnie wtarłam go w skórę.Włosy rozczesałam i zrobiłam dwa warkocze po czym wyszłam z łazienki.Z dołu było słychać krzyk bliźniaczek i śmiech Louisa.Z pokoju wyszła zaspana Fizzy.
-Hej.-Przywitałam się z nią,ale nie otrzymałam odpowiedzi.Za to dziewczyna wlazła prawie na komodę stojącą przy ścianie.I gdybym jej nie pociągnęła w moją stronę to zdjęcia stojące na meblu zleciały by.Zaśmiałam się w duchu i podprowadziłam na wpół przytomną brunetkę do łazienki.Wróciłam do naszego wspólnego pokoju i zaszyłam się z powrotem pod kołdrą.Siedziałam oparta o stos poduszek i beznamiętnie wpatrywałam się w drzwi naprzeciwko mnie,tak jakbym miała nadzieję,że za chwilę wejdą przez nie rodzice.Powiedzą,że to wszystko było kłamstwem i,że znów wszystko wróci do normy.Oczywiście nic takiego się nie stało,a ja ocknęłam się dopiero gdy do pokoju wlazła szurając nogami brunetka.
-Lila chodź na dół,wołają nas.-Powiedziała do mnie i już jej nie było.Nie chętnie zeszłam na parter,ale od razu gdy weszłam do kuchni łzy pojawiły mi się w oczach.Widok rodzinnej sielanki wcale nie działał na mnie dobrze,wręcz przeciwnie jeszcze bardziej się dobiłam.Wszyscy byli tacy weseli i przyjaźnie nastawieni do siebie.Louis z Lottie i ciocią przygotowywali śniadanie rzucając w siebie co chwile jakimiś produktami które potem lądowały na stole.A El z dziewczynami śmiały się z jakiegoś artykułu napisanego w gazecie.Ja z ledwością zatamowałam łzy i z grymasem,który miał wyglądać jak uśmiech usiadłam na krześle obok Daisy.Siedziałam wpatrzona w ścianę przed sobą do puki na miejscu na przeciwko mnie usiadła ciocia.
-No jedz dziecko.-Jej słowa wyrwały mnie z rozmyśleń nad tym jak dyskretnie wymknąć się na górę.Jednak w końcu stwierdziłam,że zjem z nimi ten posiłek i potem pójdę do pokoju.
-No tak.-Sięgnęłam po bułkę którą posmarowałam pastą jajeczną i jadłam nie odzywając się ani słowem.Wszyscy co chwilę coś do siebie mówili i śmiali się tak jakby mnie tam w ogóle nie było,co nawet mi odpowiadało.
-Lila jedziesz z nami do galerii na zakupy?-spojrzała na mnie El a zaraz z nią Lottie z Fizzy.
-No chodź,będzie fajnie.-Zachęcała mnie ta młodsza,ale ja od razu widziałam,że nie chce z nimi iść.
-Wiecie jakoś nie mam ochoty.zostanę w domu.-Popatrzyłam na nie przepraszająco.Te nic nie odpowiedziały zrobiły tylko smutne miny i wróciły do jedzenia.
-A ty Louis jakie masz plany?-Uśmiechnęła się cwaniacko El.
-My z dziewczynkami mamy ważną misję do spełnienia co nie?-Chłopak popatrzył na nie a te radośnie pokiwały głowami.
-No musimy załatwić taką jedną sprawę.-Zachichotała Phoebe.Po zjedzonym posiłku nie zauważalnie wymsknęłam się z dołu i poszłam do pokoju.Wiedziałam,że za chwilę przyjdzie tam Fizz dlatego starałam się nie rozkleić,co było dosyć trudne przy oglądaniu starych zdjęć.Zabrałam ze sobą chyba z 6 albumów,aby powspominać stare czasy.Tak jak myślałam dziewczyna pojawila sie po 10 minutach w pokoju.
-Lila jesteś pewna,że nie chcesz jechać?-Usiadła obok mnie,ale gdy zobaczyła co trzyma w ręce od razu dodała.
-Chociaż w sumie jak nie chcesz to nie musisz.-Uśmiechnęła się do mnie smutno i znów spojrzała na zdjęcia.
-Dzięki że mnie rozumiesz.Nie mam ochoty nigdzie wychodzić i patrzyć na te wszystkie uśmiechnięte buźki przechodniów i te ozdoby świąteczne i w ogóle nie mam ochoty na święta.-Załamałam ręce a w moich oczach pojawiły się łzy.
-Spokojnie,nie będę cię do niczego namawiać.To zrozumiałe,ja nie wiem jak bym sobie poradziła gdyby rodzice umarli i została bym sama.Ale ty na prawdę świetnie sobie radzisz.-Obięła mnie ramieniem.
-Z kąt to wiesz?-Zapytałam zdziwiona.
-Wiesz od kąt pojawiłaś się u Louisa on stał się taki bardziej odpowiedzialny.Co drugi dzień dzwoni do mamy,opowiada jej co się tam u was dzieje i prosi o rady.Myślisz że sam by wpadł na pomysł,żebyś była z Taylor w x-factor.-Powiedziała to a ja nie mogłam uwierzyć.
-A ja myślałam,że to był pomysł Harry'ego.
-On też nie jest za błyskotliwy-Zaśmiała się-Mama podpowiedziała to Louisowi a on pogadał potem z Harrym i Paulem i stwierdzili,że to dobry pomysł.Podobno Taylor od razu się zgodziła.-Posłała mi ciepły uśmiech i podeszła do szafy.
-No a mama czasami nap otem opowiada co się tam u was dzieję.-Zakończyła swoją opowieść i zaczęła szukać czegoś w szafie.
W sumie to mogłam się domyśleć,że to nie był jego pomysł,ale z drugiej strony nie miałam zielonego pojęcia,że Louis wszystko opowiada cioci.Chociaż może to i lepiej,że jakaś starsza kobieta,która ma doświadczenie z dziećmi podpowiada mu co ma robić.Bo gdyby sam miał sobie radzić to chyba nasze życie nie wyglądało by tak samo.
-Dobra,lecę.Kupimy ci coś na pocieszenie.-Powiedziała wychodząc i już jej nie było.Chwilę potem drzwi wejściowe trzasnęły a z dołu było słychać tylko kłócące się bliźniaczki.Siedziałam po turecku na pościelonym łóżku gdy przypomniało mi się,że miałam zadzwonić dzisiaj do Wal.Szybko sięgnęłam telefon z komody i wybrałam jej numer.Odebrała po dwóch sygnałach.
-No wreszcie księżniczka dzwoni.-Powiedziała wesoło.
-Hej,też miło cię usłyszeć.
-A no tak,miło cię usłyszeć.-Powiedziała szybko tak jakby coś ją goniło-Lila dlaczego mi nie powiedziałaś,że masz chłopaka.-Wydarła się podekscytowana do słuchawki.Gdy to usłyszałam to prawie spadłam z łóżka.
-Że co ja nie ma chłopaka.W ogóle z kąt taki pomysł.-Oburzyłam się.
-No jak.Jakiś Nathan oznaczył cię na zdjęciu na facebooka na którym jesteś ty i jakaś mała dziewczynka w szpitalu.Właśnie co ty robiłaś w szpitalu,a z resztą nie ważne.Opowiadaj z kąt go znasz,ile ma lat,w ogóle wszystko opowiadaj.-Mówiła tak szybko,że ledwo ją zrozumiałam.
-Wal to nie jest mój chłopak on mi się nawet nie podoba i o jakie zdjęcie ci chodzi?-Skłamałam,ten chłopak miał w sobie coś takiego czego nie byłam w stanie opisać.
-Dziewczyno czy ty ostatnio włączałaś komputer.-Westchnęła.
-Wiesz jakoś nie miałam okazji.
-No to leć szybko.-Krzyknęła.
-No dobra,już dobra.-Wyszłam z pokoju i poszłam do sypialni Lou,wzięłam jego komputer i wróciłam do pokoju Fizz.Zalogowałam się i pierwsze co zobaczyłam to tysiące wiadomości i powiadomień.Weszłam na profil Natha i faktycznie wstawił zdjęcie gdy siedziałam z Madeleine na łóżku szpitalnym.Nawet nie skapnęłam się kiedy on zrobił to zdjęcie.Podpis dał mi wiele do myślenia "Trudno czekać na coś co wiesz,że może nigdy nie nastąpić.Jeszcze trudniej zrezygnować gdy wiesz,że to wszystko czego pragniesz"Westchnęłam z dumy a Wal się zaśmiała.
-I on wcale ci się nie podoba.-Powiedziała z sarkazmem.
-No dobra,chcesz znać prawdę?-Westchnęłam.
-No słucham.-Opowiedziałam jej jak się poznaliśmy i co czuję gdy z nim rozmawiam,ogólnie gadałyśmy o nim chyba z godzinę.
-No nieźle,skoro tak o nim mówisz to chyba się zakochałaś.-Piszczała mi do słuchawki.
-No chyba tak.-Czułam jak się czerwienie.
-Ale super,och muszę już kończyć Zayn mnie woła.
-Dobra to pozdrów go i w ogóle całą rodzinę ode mnie.Paaa.
-No cześć kochana,powodzenia z Nathanem.-Zaśmiała się jeszcze i zachichotała.Siedziałam wpatrzona w to zdjęcie i zastanawiałam się co on chciał przez to powiedzieć.Na początku wywnioskowałam,że skoro na zdjęciu jest też Mad to może chodziło mu o jej chorobę.W końcu on pragnie,żeby jego siostra była zdrowa i czeka na to,chociaż nic nie jest pewne.Ale potem serce podpowiedziało mi,że może to chodzi o mnie.Ale z drugiej strony jeżeli to o mnie to znaczyło by,że on mnie pragnie?
-Nie to nie możliwe,żeby się we mnie zakochał.-Powtarzałam sobie pod nosem.Chyba z następne pół godziny wpatrywałam się w ten podpis i analizowałam go.Do głowy przyszedł mi nawet taki pomysł,że wstawił złe zdjęcie i się nie skapnął.Myśląc o nim nie zaprzątałam sobie głowy stwierdzeniami co by było gdyby.Dlatego stwierdziłam,że ten chłopak ma na prawdę w sobie coś takiego niezwykłego.Z rozmyśleń wyrwał mnie trzask drzwi z dołu.
-Wróciliśmy-Rozległ się krzyk Louisa,a potem śmiech bliźniaczek.Szybko zamknęłam komputer i pognałam do sypialni Louisa,żeby go odłożyć.W końcu nie spytałam się go czy mogę,a chłopak zawsze nie chętnie mi go dawał.Na szczęście zdążyłam,zanim ktokolwiek wszedł na górę.Odetchnęłam z ulgą gdy siedziałam już na łóżku w pokoju Fizzy.Wzięłam z powrotem album i zaczęłam oglądać zdjęcia,które znaczyły dla mnie bardzo dużo.Była to pamiątka po rodzicach,która skrywała w sobie szczęśliwe chwile w moim życiu,które już nigdy nie nastąpią.Z oczu automatycznie pociekły mi łzy,a ręce zaczęły się trząść.Siedziałam zalana słoną wodą z godzinę gdy usłyszałam krzyk cioci z dołu.
-Lila zejdź na lunch.-Automatycznie zerwałam się na równe nogi i wytarłam łzy.Oczy miałam całe czerwone i opuchnięte dlatego najpierw poszłam przemyć twarz woda a dopiero potem poszłam na dół.Długo tam nie posiedziałam bo gdy tylko zjadłam swoją porcję makaronu z powrotem pognałam do góry.Do końca dnia siedziałam w pokoju,raz pod kołdrą bo było mi tak zimno a raz z głową spuszczoną na dół z łóżka robiłam wszystko aby tylko nie schodzić na dół i udawało mi się to.Ciocia parę razy mnie wołał,ale ja zawsze miałam jakąś wymówkę.A to że rozmawiałam przez telefon,chociaż w cale tak nie była albo że muszę do toalety.I tak minął mi cały dzień.

--------------------------------------------------------------------------------------------------

 8 komentarzy=następny rozdział




Witam was robaczki.Wróciłam już z wyjazdu i muszę wam coś powiedzieć.
Próbowałam przez ten tydzień nie myśleć o dalszej historii Lily,żeby trochę odpocząć.Ale po prostu nie mogłam,o czym nie pomyślałam to wszystko kończyło się tym,że wymyślałam dalsze przygody naszej bohaterki.Nawet gdy opalałam się na leżaku wymyślałam zakończenie pierwszej części.
Dlatego stwierdzam,że blog już na dobre stał się częścią mojego życia.JA już po prostu nie umiem bez niego żyć.A to wszystko dzięki wam.Bo gdybyście mnie tak dzielnie nie wspierali to nie pisała bym dalej tej historii i chciałam wam bardzo mocno podziękować,że ze mną jesteście.Kocham was <3333

Co do rozdziału to końcówka mi nie wyszła,bo chciałam jak najszybciej opublikować wam ten rozdział i przy następnym postaram się zrobić jakieś ciekawsze zakończenie.No i przepraszam za błędy,ale się spieszyłam.

wtorek, 1 lipca 2014

Rozdział 34

Dla mojej kuzynki,która ciągle truje mi tyłek o następny rozdział :))

22 Grudnia Sobota


Za godzinę lądujemy,co bardzo mnie cieszy,bo po 11 godzinach mam już dosyć siedzenia z tymi idiotami.Ciągle któryś się wydziera albo śmieje,przez co gdy wsiedliśmy a ja od razu zasnę to spałam wtedy chyba z 15 minut bo ci mnie obudzili.Dopiero gdy oni też zasnęli mogłam jakoś spokojnie przetrwać ten lot.Ich drzemka nie trwała długo,ale o dziwo obudziłam się sama.Chociaż chyba nie można tego nazwać pobudką,bo potem udawałam,że śpię żeby zachowywali się konkretnie miałam ochoty z nikim rozmawiać i nikogo słuchać.Nie miałam ochoty na nic,nie chciałam myśleć,nie chciałam w ogóle funkcjonować na tym świecie,wszystko było dla mnie bez sensu,gdy pomyślałam sobie o tegorocznych świętach.Dlatego też o tym starałam się zapomnieć.Po prostu siedziałam z zamkniętymi oczami i starałam się jak najbardziej wsłuchać w melodie piosenki która leciała w słuchawkach.Nie wiem kiedy,ale zasnęłam.Obudził mnie dopiero Liam gdy lądowaliśmy.Gdy wysiedliśmy było tak zimno,że myślałam,że zamarznę.W końcu gdy wchodziliśmy do samolotu było ciepło jak to w LA jest.Miałam na sobie tylko kurtkę z rękawem 3/4 a na nogach cieniutkie rajstopy więc nie miało mnie co grzać,a ja mądra spakowałam swoją kurtkę do walizki której wtedy jeszcze nie miałam.Szliśmy do budynku a ja ledwo co czułam palce.
-Lilka chodź tu,gdzie masz kurtkę.-Pierwszy zauważył mnie Liam i przygarnął do siebie.Na początku szłam bardzo blisko niego,ale gdy już nie czułam stóp kochany Liaś wziął mnie na ręce a Zayn przykrył jakąś bluzą.Było mi tak cieplutko,gdy się do niego tuliłam.Weszliśmy na lotnisko,gdzie oczywiście musieli interweniować ochroniarze,było dosyć późno więc nie było dużo dziewczyn sami paparazzi.Ale w tamtej chwili nie obchodziło mnie to,jak najszybciej chciałam być już w domu i położyć się do cieplutkiego łóżeczka.Przeszliśmy przez te wszystkie odprawy i to wszystko,ja wtedy byłam tylko podawana z rak do rąk.Nie miałam na nic siły,było mi raz zimno raz gorąco.Kilka razy słyszałam,że jestem blada jak ściana,ale to żadna nowość bo słyszałam to dużo razy w ciągu ostatnich dni.Aktualnie znajdowałam się u Zayna na rękach gdy weszliśmy już do pomieszczenia gdzie ludzie czekają na bliski i w ogóle,a tam czekała na nas El w sumie to ucieszyłam się,że przyjechała dawno jej nie widziałam.Lou od razu do niej podleciał i przytulił.
-Dobra chodźcie do naszych gołąbeczków pożegnamy się i do domu.-Powiedział Niall i czułam tylko jak mulat idzie w ich kierunku.Zamknęłam znów oczy i przytuliłam do Zayna.Zaczęli rozmawiać i iść w stronę wyjścia.
-Ona śpi?-Mogła bym przysiąc,że dziewczyna wskazała wtedy na mnie.
-Jeszcze nie,ale nie wiele brakuje.
-Dobra wsadź ją do auta.-Drzwi skrzypnęły,ja usiadłam,a drzwi znów się zamknęły.Rozmawiali tam jeszcze jakiś czas z chłopakami,aż w końcu wsiedli do auta.Ja byłam na pół przytomna i pamiętam tylko jak światła fleszy mrugały za szybami samochodu i gdy wyjechaliśmy już na ulicę.Para rozmawia z przodu a ja leżałam z tyłu na siedzeniach i po woli zasypiałam.Gdy już odpłynęłam na dobre samochód się zatrzymał i ledwo wysiadłam.Jakimś cudem wyszłam o własnych siłach,Louis wziął nasze walizki i w trójkę weszliśmy do domu.Usiadłam na schodach i podpierałam głowę o ręce na kolanach.
-Młoda do góry,nie będziesz spać na siedząco.-Powiedział chłopak przechodząc obok mnie z walizkami.
-Biegnę.-Mruknęłam a głowa zjechała mi z dłoni i prawie wylądowałam na ziemi.Leniwie się podniosłam i jakoś doczłapałam do swojego pokoju.Przebrałam się w piżamę i od razu wlazłam do łóżka i zasnęłam.
10:30 rano
Obudził mnie hałas tłuczonego szkła z dołu.Zlekceważyłam to i z powrotem przytuliłam się do poduszki.Nie chciało mi się wcale wstawać,ale gdy usłyszałam jakieś krzyki z dołu wydało mi się to dziwne.Piski ciągle się nasilały,więc nie zostało mi nic innego jak sprawdzić co się dzieje tam na dole.Wstałam i po woli wyszłam z pokoju,podłoga była lodowata przez co ciągle skalam z nogi na nogę.
-Jesteś nie normalny,co z ciebie za facet.-Usłyszałam krzyki El.Oni nigdy się nie kłócili,dlatego to musiała być jakaś na prawdę ważna sprawa.Stanęłam na szczycie schodów i czekałam na jakieś rozwiniecie kłótni.
-Myślisz,że mi tez jest łatwo.-Tym razem powiedział to mój kuzyn.
-Od kiedy o tym wiesz?-Znów wydarła się dziewczyna.
-Od dwóch dni.Paul nas do siebie wezwali i powiedział o wszystkim.-Chłopak się uspokoił i usiadł załamany na sofie.
-Nie pomyślałeś że to ją zrani,jesteś bez serca.-Brunetka nadal była wściekła.A mnie zastanawiało tylko jedno,kto ma niby przez niego cierpieć.Wewnętrzny głos podpowiadał mi,że to chodziło o mnie,ale niby dlaczego ja mam przez niego cierpieć,nie rozumiem tego.Od razu skojarzyłam też fakty,że dwa dni temu cały zespół był jakiś dziwny wtedy gdy przyszłam do nich do sali i gdy spytałam się gdzie są pozostali gdy jechaliśmy na obiad.Wszystkie te fakty do siebie pasowały,ale nadal nie wiedziałam o co konkretnie chodzi.Gdy zaczęłam iść po schodach rozmowa pary automatycznie ustala.
-Co się dzieje?Słychać was chyba na końcu Londynu.-Zwróciłam się do nich,a w  ich oczach widziałam jakby nutkę strachu i niepokoju.Ci nic nie odpowiedzieli tylko spojrzeli po sobie.
-Kto ma przez ciebie cierpieć?-Zeszłam ze schodów i stanęłam na przeciwko nich.Chciałam wiedzieć co ukrywają.Ci wtedy jeszcze bardziej się zmieszali i przestraszyli.Staliśmy przez chwilę w ciszy aż w końcu Louis się odezwał.
-Obiecałem kuzynce El,że przyjedziemy z zespołem do niej do szkoły,ale i kazało się że mamy już plany po świętach.-Wyjaśnił spokojnie.No niby była to sensowna odpowiedź i wszystko się tak jakby do siebie kleiło,tylko jeden fakt mi nie dawał spokoju.Dlaczego cały zespół był taki załamany gdy dowiedzieli się że nie pojadą do szkoły.Przecież tam zaatakowało by ich stado szalonych dziewczyn,a to przecież żadna przyjemność.Wydawało mi się to dziwne,ale z drugiej strony odpowiedź Lou pasowała do tej kłótni.Para siedziała obrażona na siebie po dwóch stron kanapy i nie odzywali się do siebie,ani słowem.Atmosfera w pomieszczeniu była tak napięta,że żadną przyjemnością było siedzenie tam z nimi,dlatego wróciłam na górę zastanawiając się czy to była prawdziwa przyczyna kłótni.Z pokoju zabrałam czyste ubrania,a gdy z powrotem wyszłam na korytarz znów usłyszałam kłótnię.Miałam tego dosyć,nie chciałam już ich słuchać.Szybko przemknęłam do łazienki i napuściłam wody do wanny.Rozczesałam moje długie włosy,ściągnęłam piżamę i weszłam do gorącej wody.Odprężyłam się i myślałam tylko o tym kiedy już wszystko się ułoży.Na razie moje życie nie jest idealne i pewnie już nigdy nie będzie jednak z czasem mam nadzieje,że wszystko się jakoś ułoży.Siedziałam tam tak długo aż woda nie wystygła.Wytarłam się i ubrałam w przygotowane wcześniej ubrania,włosy wysuszyłam i uczesałam w koka.Wyszłam z zaparowanej łazienki i o dziwo z dołu nie było już nic słychać.Zadowolona weszłam do swojego pokoju rozpakowałam walizkę z LA i do innej torby włożyłam rzeczy potrzebne do Doncaster.Między innymi albumy ze starymi zdjęciami i nagrania.W pokoju był taki bałagan,że nie miałam nawet gdzie usiąść.Na podłodze pełno ubrań i buty nie do pary.Na łóżku rozłożone kosmetyki i jakieś gazety,a na biurku wieża ułożona z książek i różnych dupereli.Nie miałam natchnienia,żeby sprzątać.Zabrałam torbę i niepewnie zeszłam na dół.W salonie nikogo nie było,za to w kuchni krzątała się brunetka.
-El,jedziesz z nami do Doncaster?-Chciałam ją jakoś zagadać,żeby zapomniała o tej kłótni.
-Tak.-Uśmiechnęła się do mnie.-A teraz siadaj,zjesz i pojedziecie na ściągnięcie szyny.-Wskazał ana palec i postawiła na wyspie kuchennej miskę z musli.Zachowała się tak,jakby nic się nie stało.W sumie mi to odpowiadało,nie lubiłam takiej napiętej atmosfery.
-Gdzie Lou.-Zapytałam i włożyłam łyżkę do ust.
-nie wiem wyszedł gdzieś,jakieś pół godziny temu.-Wzruszyła ramionami.Ja jadłam śniadanie,a dziewczyna opowiadała mi jakie buty ostatnio oglądała w sklepie.W pewnym momencie drzwi do domu zaskrzypiały a do kuchni wszedł Louis z kwiatami.Podszedł do El i wręczył jej bukiet,przeprosił ją,powiedział jej coś na ucho,ta kiwnęła głową i przytulili się.Uśmiechnęłam się na ich widok.Skończyłam jeść ci jeszcze tam stali i się tulili,wstałam z krzesła i chciałam wyjść,ale wtedy usłyszałam Louisa.
-Do zmywarki.-Powiedział przytulając nadal swoją dziewczynę.Westchnęłam tylko i się wróciłam.Potem poszłam do salonu,a para po chwili do mnie dołączyła.
-Zbieramy się.-Zarządził chłopak i poszedł na korytarz.My poszłyśmy za nim przewracając tylko oczami.Wzięliśmy torby i pojechaliśmy do chirurga gdzie będą mi ściągać to ustrojstwo z palca.
15:47
Już od pół godziny jedziemy do rodzinnego miasta Louisa.Byliśmy w szpitalu i okazało się,że kość jeszcze dobrze się ni zeszła i muszę nosić szynę jeszcze przez 5 dni,żeby wszystko się tam dobrze zrosło i w ogóle.Ja oczywiście bardzo cieszę się z tego,że nie mogę ruszać palcem,normalnie skaczę z radości.Siedzę z tyłu wozu z książką w ręce,ale nie czytam.Nie mam siły,jedyne na co teraz mam ochotę,to zapaść w sen zimowy.Tak,aby obudzić się już po świętach,wtedy gdy świat będzie jasny i kolorowy.Siedziałam i tępo wpatrywałam się za okno,podczas gdy para z przodu rozmawiała o jakimś wypadzie w góry.
-To kiedy jedziecie?-Zapytałam,żeby nie było,że coś jest ze mną nie tak.Aby potem nie pytali się czy dobrze się czuje.
-Zastanawiałam się nad 28 i 29 grudnia.
-No mi pasuje.Mamy wolne do końca roku.-Spojrzał na nią chłopak.-Lila została byś u Liama?-Tym razem zwrócił się do mnie.
-No dobra,jakoś przeżyję.-Machnęłam ręką i się zaśmiałam.Chciałam aby gdzieś razem pojechali,po od kąt pojawiłam się w ich życiu nie mieli chyba chwili tylko dla siebie.A mnie jakoś nie rwało w góry,dlatego nie miałam do nich pretensji,że mnie nie zabiorą.Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na lunch i dopiero po 20 zatrzymaliśmy się pod domem Tomlinsonów.Budynek nie wyróżniał się spośród pozostałych.ale z drugiej strony miał w sobie coś takiego magicznego.Kolorowe światełka rozwieszone w oknach i przed domem na choinkach dodawały mu uroku.Gdy tylko drzwi od bagażnika się zamknęły w wejściu do domu pojawiła się ciocia,a za nią wyglądały już bliźniaczki.
-Synku.-Kobieta podleciała do niego i przytuliła.
-Chodźcie,bo zimno.-Zagoniła nas do domu gdzie na schodach stały Lottie i Fizzy,a przy komodzie Daisy i Phoebe,a gdy tylko zobaczyły brata od razu się na niego rzuciły.
-Dziewczynki dajcie mu się rozebrać.-Zachichotała kobieta i ciepło się do mnie uśmiechnęła. Chciałam powiesić kurtkę na wieszaku,ale prawie wywaliłam się o wielką torbę która stała obok.Na szczęście przytrzymałam się komody i nie leżałam jak długa na ziemi.
-Może lepiej zanieść te walizki do góry,bo jeszcze się ktoś ukrzywdzi.-Spojrzała na Louisa.
-Dobrze mamo.-Zaśmiał się chłopak i wziął torby,a El poszła za nim na górę.
-Lou idź z El do pokoju bliźniaczek,a ty Lila będziesz spać w pokoju z Fizzy i Daisy.-Pokiwałam głową.Bliźniaczki zaczęły między sobą szeptać.
-Dziewczynki chodźcie do jadalni.
-Lila lubisz marchewki?-Zagadnęła Daisy.
-Pewnie,że lubię.-Spojrzałam na nią.
-Ha...widzisz umie mówić.-Krzyknęła do siostry Phoebe.-Spojrzałam na nie zdziwiona a ciocia zaczęła się śmiać.No tak od przyjazdu tutaj nic nie powiedziałam.Gdy skapnęłam się o co chodzi też zaczęłam chichotać.
-Lott idź po nasze gołąbeczki na górę.-Mówiła ciocia wykładając na półmisek gulasz.Bliźniaczki usiadły do stołu,blondynka poszła na górę a ja z Fizzy pomagałyśmy nosić potrawy na stół.
-Słyszałam,że byliście teraz w LA.-Zagadnęłam do mnie dziewczyna.
-Tak,wczoraj wieczorem wróciliśmy.Było super.No i było ciepło.Mogła bym tam mieszkać.
-Haha.Ja też nienawidzę zimna.W zimę śpię pod dwoma kołdrami.-Zaśmiała się.Rozmawiałyśmy do puki w kuchni nie zjawili się Lou z dziewczynami.Usiedliśmy do stołu i zaczęliśmy jeść,wszyscy z kimś rozmawiali tylko ja siedziałam cicho.Nie chciałam im przeszkadzać,dziewczyny tak długo nie widziały swojego brata i na pewno się za nim stęskniły,a ja mam go w końcu na co dzień.Gdy z nim rozmawiały były takie radosne.Z resztą wszyscy byli szczęśliwi i emanowała od nich dobra energia,która mi wcale się nie udzieliła.Od razu gdy ciocia z El i dziewczynami zaczęły zbierać naczynia ze stołu pomogłam im,jednak wcale nie miałam na to ochoty.Chciałam jak najszybciej ulotnić się z tego miejsca i pobyć w samotności.
-Dobra dziewczyny jak chcecie idźcie do pokoju Louis wybiera jakiś film.te jak torpeda wyskoczyły z kuchni została tylko El.
-Ciociu mogę iść do góry?-Spojrzałam na kobietę która się do mnie uśmiechnęła.
-Jeśli chcesz to idź.-Powiedziała spokojnie.Wyszłam z kuchni i pędem ruszyłam do góry.Wszystkie pomieszczenia na drzwiach na szczęście miały tabliczki z imionami dziewczyn przez co bez problemu znalazłam pokój Fizzy.W pomieszczeniu na przeciwko drzwi znajdowały się dwa łóżka stojące obok siebie,pod oknem stało biurko a obok drzwi szafa i komoda.Pokój był dosyć mały,ale przyjemnie urządzony.Podeszłam do łózka na którym była moja torba i usiadłam na nim.Była godzina 21:10 postanowiłam się już przebrać w piżamę.Nie byłam aż tak zmęczona,żeby zasnąć,ale nie miałam nic innego do roboty.Wyjęłam z torby ubranie i poszłam na poszukiwanie łazienki.Po paru nieudanych próbach w końcu dotarłam do dobrego pomieszczenia,przebrałam się umyłam i wróciłam do sypialni dziewczyn.Wyciągnęłam z torebki telefon i położyłam pod poduszką.Wtedy przypomniało mi się,że miałam zadzwonić do Wal.Było już trochę późno,więc postanowiłam zadzwonić na następny dzień.Ułożyłam się na łóżku z albumem w ręce.Albumem w którym były zdjęcia z pierwszej klasy.Oczywiście nie byłam na nich tylko ja,ale także rodzice i ciocia z wujkiem.Przeglądałam po woli fotografie i za każdą następną coraz więcej łez spływało po mojej twarzy.Leżałam skulona trzymając album i nie wiem kiedy zasnęłam.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------

9 Komentarzy=Następny rozdział


W końcu skończyłam.Mam nadzieję,że się podoba.Przepraszam,że tak późno,ale mam problemy z internetem i możliwe,że w tym tygodniu też nie będę miała do niego dostępu.
Co do tej tajemnicy to jesteśmy już coraz bliżej rozwiązania.